Blog o codzienności. O historiach prawdziwych, zaobserwowanych, naszych. O sprawach ważnych, koniecznych i tych mniej istotnych. O drobiazgach tkających życie, radości z rzeczy małych, ufności nie zawsze łatwej. O pięknie, sile marzeń i zwyczajności dnia. Poszukiwaniach, pytaniach i odnajdywaniach. O sercu kobiety... Jest mi niezmiernie miło gościć Cię tutaj. Usiądź wygodnie, poczuj się dobrze, jak u siebie. Kawy czy herbaty?

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Święci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Święci. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 23 stycznia 2017

Symeon i spełnione obietnice

Św. Symeon to mój Patron Roku 2017. Choć przyszedł do mnie już 1 stycznia, nie od razu się do niego przekonałam. Początkowo nie potrafiłam połączyć go z bieżącą historią mojego życia; nie zrozumiałam dlaczego akurat on. Dopiero Ola kilka dni temu uświadomiła mi, że jest to święty od spełnionych obietnic; święty, który doczekał się tego, na co całe życie czekał. Zaczęłam się mu przyglądać i trafiłam na ciekawy artykuł (fragment poniżej). Polecam zarówno Symeona, jako cierpliwego orędownika w oczekiwaniu na spełnienie, jak i losowanie patrona (tutaj). 

Wiara Symeona czyni jego oczekiwanie pod pewnym względem niezwykłym. Jest to oczekiwanie, które można nazwać prawdziwym oczekiwaniem, zrodzonym z żywej nadziei. Nie jest to oczekiwanie mgliste, niespokojne. Nie ma w nim wahania: przyjdzie - nie przyjdzie. Nie ma miejsca na niecierpliwość. Starość i śmierć - zaglądające przecież Symeonowi w oczy - nie zdołają zachwiać Jego pewnością ujrzenia Mesjasza. Choć rzeczywistość zdaje się być bardziej przekonująca niż słowo dane mu przez Ducha, to jednak Starzec wierzy bardziej Bogu. Zaiste, przedziwna to wiara! Symeon okazuje się być nade wszystko człowiekiem wiary w Boże Słowo, a jego wiara jest ufna i pewna. Obietnice Pana są dla niego święte. Bóg rzekł i stanie się. Jego Słowo jest mocne, jest Jego


niedziela, 4 grudnia 2016

Andrzej Cudzich, muzyka i świętych obcowanie

Czasem mam dylemat jak zacząć wpis, żeby jego wstęp zachęcał, a nie zniechęcał do przeczytania całości. Tak mam dzisiaj. A pisać chcę o niezwykłej osobie - Andrzeju Cudzichu, muzyku jazzowym, kontrabasiście, kompozytorze, liderze grupy AmenBend - i to dlatego mi zależy, żeby jak najwięcej czytelników się o nim dowiedziało. Andrzej tworzył pięknie i żył pięknie, można powiedzieć więcej - pięknie umierał. Odszedł w 2003 roku w wieku zaledwie 42 lat. Pozostawił żonę Ewę, córkę Kasię i syna Karola. Jego pogrzeb przerodził się w prawdziwe uwielbienie Boga. "Pamiętam reakcje niektórych muzyków jazzowych... Nie spodziewali się, że nad grobem można wielbić Boga. Przecierali oczy ze zdumienia" - opowiada Małgorzata Kotarba z Magazynu Muzycznego "RUaH". 

Osobę Andrzeja chciałabym przedstawić słowami Kasi Cudzich oraz jej męża Mikołaja Budniaka. Historia ich znajomości i małżeństwa, w którą "zaocznie" (bo z Nieba) zaangażowany był tato Kasi, jest poruszająca. "Gdy Małgorzata Musierowicz, autorka popularnej „Jeżycjady”, usłyszała ich historię, rzuciła: „Gdyby opisać ją w powieści, można by się spotkać z zarzutem: to nieprawdopodobne, tak w życiu nie bywa!”. 
Mikołaj: – Mówiłem: Andrzej, o co chodzi? Przyprowadziłeś mnie do siebie i co? Twoja Kasia pokazała niezłe różki. Myślałem, że będzie sielankowo, a ona na „dzień dobry” wystawia pazury.
Kasia: – Działo się jednak coś dziwnego. Bo choć kompletnie nie byłam zakochana, głęboko w sercu czułam pewność: „To jest mężczyzna, na którego czekałaś”. Zawsze w podobnych chwilach było sporo szarpaniny, rozpaczliwe otwieranie Biblii. A teraz

poniedziałek, 28 listopada 2016

Święci nieznani, święci zapomniani - św. Józef Sebastian Pelczar

Św. Faustyna, św. Rita, św. Katarzyna, św. Monika, św. Tereska od Dzieciątka Jezus, św. Józef, św. Antoni, św. o. Pio, św. Jan Paweł II (i wielu, wielu innych - tutaj) - to święci, o których wie cały świat. To oni właśnie - ci najbardziej znani - najczęściej są wybierani, by towarzyszyć nam w naszych życiowych zmaganiach i by w naszym imieniu pukać do bram Nieba. To święci, którzy mają pełne ręce roboty.

Ale są i tacy święci, których nie znamy lub o których nie pamiętamy, a którzy może właśnie czekają, byśmy ich odnaleźli i zwrócili się do nich z tym, co dla nas trudne i niemozliwe. Jednym z nich wydaje się być św. Józef Sebastian Pelczar (1842-1924) - ksiądz, biskup, ojciec duchowy, teolog, pisarz, patriota, profesor i rektor UJ, założyciel Zgromadzenia Sióstr Sercanek. Niezwykły człowiek o wybitnym umyśle i wielkim sercu. Przypomniany szerzej przy jego beatyfikacji (1991 r.), a następnie przy kanonizacji (2003 r.), po czym słuch o nim zaginął. Jednak nie wszyscy zapomnieli. A na pewno nie 32-letnia dziś Justyna Zych z Korczyny (na zdjęciu z relikwiami św. Józefa Sebastiana), której 15 lat temu uratował życie:  "Rankiem 9 stycznia 2001 r. siedemnastoletnia Justyna Zych z Korczyny - rodzinnej wioski bpa Pelczara - wyszła z domu na autobus, który miał ją zawieźć do szkoły. Po przyjeździe do Krosna wysiadła na przystanku i chciała przejść na drugą stronę ulicy. Wtedy wpadł w nią z dużą prędkością samochód dostawczy typu "bus". Dziewczyna dostała się pod koła samochodu, który powlókł ją jeszcze kilka metrów... W tym czasie przejeżdżali tamtędy lekarze, którzy natychmiast wysiedli z samochodu i pobiegli do dziewczyny, aby ją ratować. Justyna nie oddychała, wyczuwalne było jeszcze tętno na tętnicach szyjnych. Wezwano na miejsce

niedziela, 6 grudnia 2015

Dotyk świętości

Ojciec Zbigniew Strzałkowski urodził się w Tarnowie - moim rodzinnym mieście, mieszkał w pobliskiej Zawadzie, chodził do szkoły średniej ulicą, którą ja obecnie codziennie chodzę. Wczoraj w Peru odbyła się jego beatyfikacja. Mocno poczułam dotyk świętości...

Ojciec Strzałkowski zginął w 1991 roku w Peru strzałem w plecy i tył głowy z rąk terrorystów Świetlisty Szlak. W kontekście tej męczeńskiej śmierci przychodzą na myśl przychodzą słowa testamentu innego męczennika - o. Christiana de Cherge: "Gdyby pewnego dnia zdarzyło się – a mogłoby to być już dzisiaj – że padnę ofiarą terroryzmu, który zdaje się obecnie zagrażać wszystkim cudzoziemcom zamieszkującym w Algierii, pragnąłbym, aby moja wspólnota, mój Kościół, moja rodzina pamiętali, że moje życie było oddane Bogu i temu krajowi. By zdali sobie sprawę, że Jedynemu Władcy wszelkiego życia to moje nagłe odejście nie było obojętne. By modlili się za mnie; bo jakże mogłem zostać uznany za godnego złożenia takiej ofiary? By potrafili związać moją śmierć z tylu innymi, które są równie okrutne, lecz pozostają ledwie zauważone i bezimienne. Moje życie nie jest więcej warte niż jakiekolwiek inne.
(fot.tutaj)